Krótkie historie kart – odcinek 1: Japonia

Jeśli i Ty zastanawiasz się nad tym skąd pochodzą grafiki LockLuck to zapraszam Cię do nowego cyklu „Krótkie historie kart”. Wszystkie grafiki to chwile uchwycone obiektywem aparatu. Każda z grafik ma swoją historię i niektórymi z nich chcę się z Tobą podzielić. W pierwszym odcinku zabieram Cię do Japonii …

Jest wieczór, na zewnątrz pada rzęsisty deszcz, a wilgoć unosi się w powietrzu. Temperatura jest tak wysoka, że nie wiem czy jestem mokra z powodu deszczu czy potu. Czuje jak woda chlupie mi w butach i myślę tylko o tym, aby jak najszybciej poczuć suche podłoże. Przechodzę obok witryn wystawowych zupełnie ich nie zauważając. Nie mam świadomości co dzieje się wokół mnie, bo jak najszybciej chcę dotrzeć na miejsce. Na szczęście po kilu minutach docieramy do celu.

Wchodzę przez maleńkie drzwi i zdejmuje buty. Jestem w Japońskim Domu. Wszechobecna wilgoć powoduje, że czuję charakterystyczny zapach mokrej trawy. Woń ta pochodzi z tatami, czyli mat rozłożonych na podłogach, które dają przyjemne, chłodne i gładkie odczucie. Japonka kłaniając się nisko zaprasza mnie do dość dużego pomieszczenia, z którego dochodzą głosy rozmawiających ludzi. Jestem w stanie rozpoznać różne akcenty, ale nie potrafię zidentyfikować jednego języka. Bardzo szybko odnajdujemy naszych przyjaciół z Hiszpanii i zatapiamy się z nimi w dyskusje o ….. hmm piłce nożnej. Z tej dyskusji nie możemy wyjść z poczuciem sukcesu.

Na niskich stolikach pojawia się jedzenie. Kilka rodzajów tofu, zup miso, ryb, warzyw, kiszonek, sushi i oczywiście ryż. Najbardziej fascynuje mnie jedno naczynie. Mała miseczka na podgrzewaczu a w środku biały płyn. Obok miseczki stoi kieliszek z octem ryżowym. Dopiero co poznany Japończyk daje mi instrukcje: „ Za 10 minut, kiedy płyn będzie wystarczająco ciepły, wlej ocet i zamieszaj wszystko razem. To co powstanie wyciągnij pałeczkami, zamocz w sosie a następnie zjedz”. Nie kwestionując zrobiłam tak jak radził. To co zjadłam było najbardziej wyrafinowanym tofu jakie kiedykolwiek w życiu próbowałam (zamykam oczy i widzę uśmiechniętego Makłowicza szepczącego „poezja”).

Po około godzinie rozmów i zajadania się japońskimi przysmakami pojawił się wyczekiwany przez wszystkich punkt programu: program artystyczny gejszy i maiko (uczennic, które mają stać się gejszami). Jako pierwsza pojawiła się starsza kobieta, która przemknęła przed nami i przycupnęła w kąciku. Chwyciła shamisen (mały instrument o bardzo długim gryfie) i … niestety zaczęła śpiewać. Po chwili dołączyły do niej trzy młode, przepiękne maiko ubrane w barwne kimona. Twarze miały pokryte białym pudrem, który kontrastował wyraźnie zarysowanymi ustami czerwoną szminką. Do dziś zastanawia mnie jedna z nich, która nie miała pomalowanej górnej wargi. Czyżby zapomniała? Wszystkie trzy młode adeptki poruszały się z wielką gracją i powściągliwością jednoczenie. Uchwycona na zdjęciu jedna z nich, tańcząca, jakby nieobecna, stała się tematem jednej z kart LockLuck.

Do Polski wróciliśmy z nagraniem tradycyjnego śpiewu gejszy w walizce. Stwierdziliśmy, że płyta może się przydać do posłuchania w trakcie kolacji sushi z przyjaciółmi. Jednogłośnie orzekliśmy, że śpiew gejszy jest najbliższy dźwiękom wydawanym przez nasze koty, w sytuacjach, których dokładny opis zostanie tutaj pominięty 🙂

Agnieszka Marczak-Czajka

Facebook_iconPolub nas:
LockLuck – More than cards